fbpx

Thunderbolts, Wiara w potwory

Trzeba przyznać, że Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, to był strzał w dziesiątkę na Polskim rynku. Dzięki temu fani obrazkowych opowieści mogą czytać najważniejsze historie z Domu Pomysłów jakie zostały wydane. Czasami jednak zdarzają się opowieści archaiczne, nudne, niedopracowane lub wyjęte z kontekstu. Niestety to ostatnie stwierdzenie dotyczy pięćdziesiątego siódmego tomu zatytułowanego „Thunderbolts, Wiara w potwory”.

Kiedy mieszkańcy Ameryki przestali ufać superbohaterom, ponieważ część z nich stała się według rządu zagrożeniem. W świetle jupiterów staje odnowiona grupa Thunderbolts, złożona ze zreformowanych przestępców, a dowodzona przez Normana Osborna. Teoretycznie uzdrowionego z jego alter ego Zielonego Goblina. Jednak wśród członków drużyny tworzą się konflikty, każdy z nich musi poradzić sobie z problemami związanymi ze swoimi umiejętnościami. Osobno są oni złoczyńcami, którzy walczyli z wieloma popularnymi herosami. Czy Amerykanie są gotowi zaufać grupie kryminalistów, którzy mają za zadanie wyłapać niezarejstrowanych herosów?

Autorem historii jest Warren Ellis, który za sterami Thunderbolts stanął raptem na dwanaście numerów. Wcześniej dla Marvela tworzył takie serie jak Doom 2099 czy Excalibur. Niestety dla osób nie znających Wojny Domowej (Civil War), ten komiks nie jest dobrym tytułem. W całości dotyczy on wydarzeń ze wspomnianej serii i rozgrywa się w jego trakcie. Thunderbolts to drużyna w której spotkamy złoczyńców, udających tych dobrych z planami na pokutę. Drużyna złych pracująca dla rządu za całkiem niezłe wynagrodzenie a to bardzo dobry pomysł, który dobrze się sprawdzał do pewnego czasu. W tej opowieści dostajemy niestety podrzędnych herosów, i średnio lubianych złoczyńców.

Co prawda mamy tu Venoma, Moonstone i fenomenalnego Bullseye’a, ale to nie ratuje tego komiksu.

Nowy skład, nowy lider w tym zdegradowana Songbird (wiele osób ją kojarzy ale tak naprawdę nie zna), oraz nowe problemy. Każdy jest indywidualistą i nie potrafi działać w drużynie, a na dodatek nie mogą nikogo zabić, gdyż są na celowniku mediów. Ellis dobrze kombinuje. Dialogi są trafne, dosadne i nie brakuje ciętego języka. Świetnie rozpisany został Bullseye, który pełni rolę broni ostatecznej. Jednak pomimo tego brak tu historii, po przeczytaniu odkłada się komiks na półkę i zapomina. Nic tu się nie dzieje. Thunderbolts są wysyłani aby złapać jakiegoś pseudoherosa, wygrywają i tak dalej. Przerywane jest to odprawami lub szaleństwem Osborna.

Jest to tylko wypełniacz do całego dużego wydarzenia jakim jest Wojna Domowa.

Za rysunki odpowiada brazylijski rysownik Mike Deodato Jr. To jest chyba jedyny pozytywny aspekt komiksu. Rysunki są brutalne, pełne akcji a czasami wręcz makabryczne. Walki są dynamiczne, dopracowane i można odnieść wrażenie jakby oglądało się film akcji. Deodato dba o szczegóły i nie zamyka się tylko na małych powierzchniach. Wszystko jest mroczne, ciemne i momentami przytłaczające. O to właśnie powinno chodzić w komiksie o złoczyńcach i potworach.

Thunderbolts: Wiara w potwory to komiks rozczarowujący. Brak fabuły niszczy dobre rysunki, bo ileż można oglądać bezsensowną nawalankę. Kilka dobrze poprowadzonych postaci nie nadrobi całej masy miałkich herosów i złoczyńców. O tej drużynie każdy chyba słyszał, każdy się z nią spotkał w mniejszych bądź większych wydarzeniach w uniwersum Marvela. Może i pierwsze numery za czasów Zemo i Mistrzów Zła były dobre, teraz jednak jest to marny komiks. Zwłaszcza jeżeli ktoś ma za sobą lekturę z Dark Avengers prowadzonymi przez Normana Osborna.

Ocena: 4/10